czwartek, 10 grudnia 2015

Po co oceniamy?

Wpis sprowokowany dwoma wydarzeniami.

Po pierwsze wrzuciłam dziś rano na swój facebookowy profil pewną fotografię, a konkretnie to:



Obrazek graficznie taki-sobie, ale słowa proste, a zarazem dobitne i prowokujące (oho - wpis pod znakiem prowokacji się szykuje, już drugi raz to słowo pada) do myślenia. Z punktu widzenia osoby, która zna od wewnątrz oba systemy edukacyjne, wygląda to dość realistycznie. W Polsce ściąganie jest plagą, w UK ściągania nie ma (nie widziałam - ani w podstawówce, ani w szkole średniej). Z czego to wynika? Miły pan na obrazku sugeruje, że z hierarchii wartości w systemie edukacji. 

Co się liczy w Polsce? Wyniki oczywiście, średnia, punkty, zda/ nie zda, sukces jest uznany za "robił to, co powinien", za porażki jest połajanka, ocenianie polega na wytykaniu niedociągnięć i ani słowa o tym, co zrobić, żeby było lepiej. Tylko magiczne "ucz się". 

Co się liczy w UK? Umiejętności, starania, pęd do wiedzy, ogólne "integrity". Oceny są, ale przy okazji egzaminów. Sukcesy są celebrowane, z porażek wyciąga się wnioski. Ocenianie na codzień to wykazanie mocnych stron i już nabytych umiejętności ucznia (vide moje posty o Assessment for Learning dostępne tu, tu i tu) oraz wskazanie mu celów na przyszłość i strategii, jak te cele osiągnąć. 

Należy powiedzieć to wprost - wytykanie błędów to wzmocnienie negatywne, o którym już dawno stwierdzono, że się w wychowaniu nie sprawdza. Sprawdza się natomiast wzmocnienie pozytywne, czyli wychwytywanie zachowań, postaw i umiejętności pożądanych, docenianie ich i w ten sposób żądne doceniania dziecko (zwłaszcza dziecko, bo w wieku podstawówkowym niekoniecznie posiadają one wewnętrzną motywację do nauki, wyrabiamy ją właśnie wzmocnieniami, czyli behawioralnie) pragnąc pochwał więcej, robi to, na czym nam najbardziej zależy - czyli po prostu się uczy. Przez doświadczanie, przez osmozę :-) całym sobą chłonąc przekazywaną wiedzę z iście dziecięcą otwartością. Po co mu przeszkadzać?

Zanim przejdę do dalszych wywodów, chwilę o drugim zdarzeniu, które skłoniło mnie do napisania tego postu. Była to rozmowa z kolegą po fachu, uczącym angielskiego w Polsce. Poszło o kartkówkę dziecka z kl. V szkoły podstawowej i time adverbials. Dziecko stworzyło zdanie "This weekend I am going to the cinema". Z tej okazji dostało pół punktu, zamiast całego przewidzianego za prawidłową odpowiedź. Dlaczego? Otóż dlatego, że podstawowa zasada składniowa głosi, że time adverbials występują w środowisku naturalnym na końcu zdania. Kolega uznał, że tą metodą dziecko zapamięta skutecznie, że "this weekend" powinien być na końcu, a nie na początku.

Cóż, jego małpy, jego cyrk, mogłabym powiedzieć. Nie powiedziałam. Powiedziałam natomiast sporo więcej. Począwszy od tego, że istnieje opcja umieszczenia time adverbials na początku zdania, w sytuacji, gdy chcemy coś szczególnie podkreślić (emphasis), przy czym w opisywanym przypadku fakt, że "regułka była inna" nie wyklucza możliwości, że dziecko coś podkreślić chciało. Co nie jest zabronione, jest dozwolone. To kwestia pierwsza - litera prawa.

Kwestia druga - mówimy o dziecku w zasadzie na początku nauki języka, czymże jest V klasa w państwowej szkole? 10-11-letnie dziecko samodzielnie napisało całkiem fajne zdanie, ortograficznie - jak domniemam - OK, przedimki były etc. Super, tylko się cieszyć. Odważyło się, przetestowało hipotezę (hypothesis testing - does it ring a bell?) o zastosowaniu time adverbials, stworzyło zdanie, które ma sens i jest gramatycznie poprawne, choć nie idealne (ta emfaza nieszczęsna). Stoję na stanowisku, że w takiej sytuacji należy dziecku zaliczyć owo zdanie w uznaniu samodzielności i zasadniczo poprawności, natomiast można i należy doprecyzować, jako "next steps", to użycie time adverbials na początku zdania jako zarezerwowane wyłącznie dla emfazy.

Co nam to da? Hm.. odwróćmy pytanie, co da nam wytknięcie dziecku błędu i obniżenie oceny? Mam kilka pomysłów. Jeden zwerbalizowałam w odpowiedzi na pytanie kolegi "Czyli mogę, ale nie muszę uznać?" następująco:
"tak, możesz zaszpanować władzą i zgnoić kolejne pokolenie, tak jak gnojono za najmniejszy błąd i Ciebie, i mnie, i miliony innych, którzy teraz nie wierzą w siebie i nie odnoszą międzynarodowych sukcesów pomimo niewątpliwych umiejętności - bo system i wspaniali pedagodzy zabili w nich poczucie wartości i wiarę we własne siły oraz ochotę, by próbować i eksperymentować"
Ostro zareagowałam? Zapewne, taka moja natura, ale ta kwestia dotyka mnie nader boleśnie. Im dłużej mieszkam poza Polską, tym wyraźniej dostrzegam, czego zostaliśmy - jako naród - pozbawieni w następstwie procesu kształcenia, któremu nas poddawano. Otóż zostaliśmy pozbawieni poczucia wartości i wiary we własnej siły. Ciężar nacisku przeniósł się na oceny - wyniki (vide obrazek na początku postu), znikła zwykła ciekawość wiedzy i radość z nauki, rozpoczął się żmudny proces zakuwania. Coś, jak tutaj:



Urawniłowka, bo tak to się za poprzedniego systemu nazywało, zabija indywidualności, pozbawia woli i chęci działania, odbiera niezależność i samodzielność na rzecz zależności (jak często narzekamy, że współczesne dzieci oczekują, że dostaną wszystko na tacy podsunięte pod nos? to nie bierze się z powietrza...). A skoro to nauczyciel wszystko wie (siła autorytetu), a ja - uczeń - nie wiem nic, albo niewiele (w końcu po coś mi na czerwono bazgrzą w zeszytach i na sprawdzianach), a co więcej nie mam pojęcia, co zrobić, żeby to zmienić, to po co się starać? I tak, jedyną świadomie wyuczoną umiejętnością, jaką wynosimy ze szkoły, jest wyuczona bezradność, a takie wzorce myślowe zmienia się przez pokolenia. 

Gdy dwa lata temu przyjechałam do Londynu (w którym skądinąd od końca października nie mieszkam, przeprowadziliśmy się do ślicznego domku w niewielkim miasteczku na północno-wschodnim wybrzeżu Anglii, od Morza Północnego dzieli mnie zaledwie 10 minut spaceru), zafrapował mnie szereg różnych zjawisk społecznych. Jedno z nich, które ewidentnie odróżniało tubylców od tambylców, to poczucie wyrażane postawami "jestem OK", "mogę odnieść sukces", "mam liczne umiejętności", "jestem ważny". Gdy ktoś odniesie sukces, w UK mówi się "Good job"albo "Well done", a w Polsce "udało Ci się". Słowa kształtują rzeczywistość i sposób myślenia, zwłaszcza młodego człowieka, więc wbija się nam od urodzenia do głów, że "udało się nam" (w domyśle: nie my coś umiemy, przypadkiem coś się zadziało, udało się nie pokazać, jakimi sierotami Bożymi jesteśmy na codzień, no fuks normalnie). Słowa kształtują rzeczywistość, więc uczymy się, że nie jesteśmy odpowiedzialni za własny sukces - przeciwnie, jest to dziełem przypadku, magicznego "dziejesia", forma "udało się" na to właśnie wskazuje. Nic więc dziwnego, że jako naród wszechstronnie wykształcony (odsetek osób z wykształceniem wyższym zdecydowanie powyżej światowych średnich) i co do zasady bardzo zaradny i słynący z umiejętności 'zrobienia czegoś z niczego' (to podkreślają nawet ci Anglicy, którzy nas nie lubią, mówiąc o tych "bloody Poles who come here and steal our jobs"), jesteśmy tak bardzo niepewni siebie, poza granicami kraju (a nawet w kraju) podejmujemy pracę poniżej kwalifikacji (magister w Biedronce, nauczyciel na zmywaku) i boimy się ryzyka. 

Oczywiście nie należy nie dostrzegać wpływu dziedzictwa poprzedniego systemu, gdzie zaradnych i wyróżniających się określano mianem "bikiniarzy", a władze miały ich na oku; "prywaciarze", czyli wg obecnej nomenklatury mali przedsiębiorcy, byli uważani za kombinatorów i wrogów systemu, a wszelkie sukcesy stanowiły zasługę partii i systemu, nie zaś obywateli. Niemniej tego systemu nie ma w Polsce od 1989 roku, czyli - policzmy - 26 lat wg mojej kalkulacji. Całe pokolenie! Ilu uczniów w tym czasie przewinęło się przez polskie szkoły i uczelnie? Miliony! Czy coś się zmieniło? Niewiele. 

Myślę, że u podłoża wszelkich decyzji dotyczących oceniania, leży udzielenie sobie uczciwej odpowiedzi na proste, choć trudne, pytanie "Po co oceniam?". Czy oceniam bezrefleksyjnie, bo tak się robi pracując w szkole? A może mam okazję odegrać się na niegrzecznych dzieciach? Czy aby nie suplementuję tym sobie nadwątlonego poczucia wartości i nie ulegam iluzji władzy? 

OK, oceniam między innymi dlatego, że tego się ode mnie oczekuje - i co? Zagłębmy się przez chwilę w temat. Jakich informacji mają oceny dostarczyć mnie, mojej dyrekcji, rodzicom ucznia, wreszcie samemu uczniowi? W charakterze dygresji cytat, który już tu kiedyś padł
‘Feedback to any pupil should be about the particular qualities of his or her work, with advice on what he or she can do to improve, and should avoid comparisons with other pupils.’ (Inside the Black Box. Black & Wiliam, 1998)
Teraz znowu seria pytań, dość naturalnie nasuwających się na myśl:

1) Czy wystawiane przeze mnie oceny dostarczają uczniowi informacji o obszarach, w których powinien poczynić większy postęp?

2) Czy wystawiane przeze mnie oceny wskazują mu kierunek i metodę, jak ten postęp osiągnąć?

3) Czy wystawiane przeze mnie oceny są jednoznacznie i identycznie zrozumiane przez ucznia, jego rodziców, dyrekcję szkoły i mnie samego?

Jeśli chcemy nauczać skutecznie, a więc tak, żeby uczeń poszerzał regularnie swoją wiedzę i nabywał nowe umiejętności oraz chciał, potrafił i lubił się uczyć, zechcemy się pochylić nad tymi pytaniami. Nie promuję tym postem pobłażliwości  - uważam, że jasne zasady leżą u podłoża dobrej współpracy między nauczycielem a uczniem. Zdaję sobie natomiast sprawę z faktu, że zbyt surowe i skupione na niedociągnięciach ocenianie:

- demoralizuje (m.in. zachęcając do ściągania)
- odbiera poczucie sukcesu
- odbiera chęć podejmowania kolejnych prób
- promuje wyścig szczurów, czyli niezdrową rywalizację
- zabija pracę zespołową
- nie uczy ani nie wskazuje kierunku,
- jest przeciwne koncepcji empowerment, czyni ucznia biernym
- obniża poczucie wartości i wiarę we własne siły (a przez lata redukuje je do zera)

Konstruktywne ocenianie natomiast:

- skupia się na umiejętnościach i wiedzy ucznia
- pozwala łatwo zdefiniować luki w wiedzy
- wskazuje sposób wypełnienia tych luk
- wyznacza cele
- przenosi na ucznia odpowiedzialność za jego postęp
- uznaje ucznia za sprawcę własnego sukcesu edukacyjnego
- buduje poczucie wartości i wiarę we własne siły
- wzmacnia wytrwałość (resilience) w obliczu porażek
- promuje współpracę
- zachęca do podejmowania prób
- uznaje błędy za nieodłączny element nauki, niezbędny do nabycia nowych umiejętności
- traktuje porażkę jako źródło wiedzy o obszarach wymagających dalszej pracy

Widzicie różnicę? Ja tak. Koledze finalnie napisałam "Rozumiem, że w tej kwestii nie osiągniemy porozumienia i ośmielam się przypisać ten brak różnicom kulturowym". Istotnie - nie porozumieliśmy się, dwa systemy edukacyjne dzieli gigantyczna przepaść. Cieszę się, że jestem na tym jej brzegu. Istotnie, szkoła brytyjska zmieniła mnie jako nauczyciela - na lepsze.

2 komentarze:

  1. W dużej mierze zgadzam się z tym co napisałaś. Dodałabym tylko, że w naszym kraju obowiązuje ciche przyzwolenie na ściąganie. Jest to praktyka traktowana z pobłażliwością wśród uczniów, rodziców ('sprytny synek, poradził sobie'), ale niestety także wśród części nauczycieli ('dałam mu ściągnąć, będę miała go 'z głowy', nie chcę w sierpniu bawić się w poprawki' - to cytat). Nawet nazewnictwo - nasze 'ściąganie', a angielskie 'cheating' mają inny wydźwięk. Tam jest ono traktowane na równi z oszustwem i może dlatego też nikt go nie próbuje? Co do oceniania, nie wiem czy spotkałaś się kiedyś z ideą 'oceniania kształtującego'? Tam też kładzie się duży nacisk na podkreślanie dobrych stron ucznia, informację zwrotną oraz wcześniejsze wyjaśnienie klasie tzw. 'nacobezu', czyli 'na co będę zwracać uwagę podczas późniejszego oceniania uczniów. Idee piękne, ale w praktyce, biorąc pod uwagę obowiązujący system kształcenia pod kątem li tylko egzaminów, ciężkie do wprowadzenia na każdej lekcji. Staram się to robić, ale często przegrywam z obowiążkiem realizacji podstawy programowej, przy ograniczonej, zbyt małej w grupach słabszych ilości godzin na nią przeznaczonych... Samo życie. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie lubię Polskiej szkoły do której chodzę :) Moje koleżanki często miały czerwone paski, zdawały się być tak mądre i błyskotliwe że żaden nauczyciel ich by nie podejrzewał o ściąganie, są wyróżniane i uwielbiane przez nauczycieli - Ja przeciwnie. No może znajdzie się paru nauczycieli, którzy darzą mnie sympatią ale są to wyjątki. Te uwielbiane są dobrymi aktorkami, za kulisami z dała od nauczycieli pokazują swoje zafałszowane twarze. Oceny mam bardzo słabe, raz zdarzyła się poprawka wakacyjna. Zwykle nadrabiam i uzupełniam materiał w wakacje. Próbne egzaminy gimnazjalne wyznaczyły mi ponad 50% z każdego przedmiotu jaki pisałam. Te ^zdolne^ dziewczyny miały często poniżej 50% Nauczyciele uznali że nie mogły się skupić, pech był. Ja miałam szczęście (głupi ma szczęście) Ewentualnie ściągałam - To wersja moich rówieśników i nauczycieli. Ja jak zwykle oczami nauczycieli, często to słyszę prosto w oczy : Nie tylko wygląd się liczy, Kiedyś będzie Ci wstyd gdy spotkasz swoją klasę i pomyślą sobie a to była ta pusta ale ładna :). Jesteś ładna - mówię to by powiedzieć Ci cokolwiek miłego :) Czasami się zastanawiam czy mają pojęcie jak mnie to boli i jak bardzo mam ochotę się rozpłakać :) Dodam że się dogadywałam z rówieśnikami ale się odemnie odwrócili w połowie - myślę że to za sprawą nauczycieli którzy mnie upakarzają na forum klasy. Nie mogłabym zliczyć ile razy płakałam przez szkołę a nawet miałam delikatne myśli samobójczę na dobranockę. Lubię tego bloga, przyjemnie się czyta wpisy i uważam że wszystko co tu piszę jest interesujące.

    OdpowiedzUsuń